Tesla po szkodzie z USA, czyli kiedy warto kupić, a kiedy uciekać?

Tesla po szkodzie z USA, czyli kiedy warto kupić, a kiedy uciekać?

Jeszcze kilka lat temu import Tesli ze Stanów Zjednoczonych był dla wielu osób złotym graalem elektromobilności. Wystarczyło wejść na aukcję Copart lub IAAI, znaleźć lekko uszkodzony egzemplarz, naprawić go w Polsce i cieszyć się autem znacznie tańszym niż europejski odpowiednik.


Przynajmniej tak wyglądało to w teorii..

Bo prawda jest taka, że w świecie samochodów elektrycznych słowo „powypadkowy” oznacza dziś coś zupełnie innego, niż jeszcze dekadę temu. W czasach aut spalinowych można było wymienić błotnik, lampę, chłodnicę i po sprawie. W przypadku Tesli dochodzi jeszcze jeden element, którego nie widać na pierwszy rzut oka.

Oprogramowanie.

I właśnie ono sprawiło, że część pozornie atrakcyjnych okazji zamieniła się w bardzo kosztowne pułapki.

Dlaczego tyle Tesli trafia do Europy po szkodach?

Powód jest banalnie prosty.

W USA samochody są często kwalifikowane, jako szkoda całkowita znacznie szybciej niż w Europie. Słowo SALVAGE, nie oznacza jednak szkody całkowitej a całkowitą wypłatę odszkodowania, przez amerykańskiego ubezpieczyciela, kiedy to naprawa jest zbyt kosztowna w stosunku do całkowitej wartości pojazdu. Choć dosłowne tłumaczenie zdaje się sugerować auto zmasakrowane do granic możliwości. Często mamy lekko uszkodzone drzwi, a auto ma wpis: SALVAGE. Mimo, że w USA można je nabyć naprawić i normalnie użytkować. I tak było do tej pory. Wiele Tesli jeździło, ładowało się bez problemu i były to naprawdę fajne auta, nie sprawiające żadnych problemów.


Dla importerów brzmi to jak okazja.

Dla kupującego nie zawsze.

Bo Tesla nie jest zwykłym samochodem. To komputer na kołach, który nieustannie komunikuje się z serwerami producenta. I to Tesla może nam uprzykrzyć życie... niestety wielu właścicieli aut z USA przekonało się ostatnio o tym na własnej skórze.

Problem, którego nie widać na zdjęciach aukcyjnych

Zdjęcia z aukcji pokazują uszkodzony zderzak, wystrzeloną poduszkę lub lekko pogięty bok.

Nie pokazują jednak tego, co znajduje się w systemach Tesli.

A tam samochód może mieć status „salvage”, „unsupported” lub zostać oznaczony, jako pojazd niespełniający wymagań bezpieczeństwa producenta. Tesla oficjalnie informuje, że samochody uznane za  uszkodzone lub niespełniające standardów bezpieczeństwa, mogą utracić część wsparcia producenta, a firma może ograniczyć dostęp do wybranych usług, do czasu przeprowadzenia odpowiednich inspekcji. W Polsce często oznacza to utratę możliwości ładowania na stacjach DC Tesli, czyli dobrze nam znanych Superchargerach.


I tutaj zaczynają się schody

Bo zdarzały się przypadki, w których właściciel kupował auto z pozornie czystą historią, a dopiero podczas wizyty w serwisie odkrywał, że Tesla wewnętrznie traktuje auto jako pojazd bez wsparcia, czyli ma status „unsuported”. Konsekwencją bywała blokada szybkiego ładowania lub konieczność dodatkowych kontroli technicznych. Choć nasz rodzimy serwis Tesli, nie chce przyjmować aut z rynku północnoamerykańskiego.

Największy mit: każda Tesla po szkodzie jest zła

To nieprawda.

I tutaj trzeba zachować zdrowy rozsądek.

Nie każda Tesla po kolizji jest złomem.

Wręcz przeciwnie.

Wiele aut trafiających z USA do Europy miało uszkodzenia typowo blacharskie. Wymiana drzwi, błotnika czy zderzaka nie oznacza automatycznie problemów z baterią lub bezpieczeństwem. Całe poduszki często były przepustką do tego, aby pojazd taki nie trafił na „czarną listę” Tesli. Pisaliśmy o tym w jednym z naszych wcześniejszych artykułów.

Jeśli pojazd miał status "clean title" nie widniał w Tesli jako "rozbitek". Można go było naprawić i normalnie jeździć oraz ładować na stacjach Supercharger. Jeśli auto było bezwypadkowe, również można nim jeździć bez problemu, płacąc za ładowanie.


W Ukrainie, Polsce czy krajach bałtyckich od lat działa cała branża wyspecjalizowana w naprawach Tesli. Niektóre z tych samochodów wracają na drogi w stanie praktycznie nie do odróżnienia od fabrycznego.

Problem polega na tym, że obok fachowców istnieją również warsztaty, które naprawiają auta najtańszym możliwym kosztem.

A kupujący często nie ma pojęcia, do której grupy należy oglądany egzemplarz.

Bateria - jedyna rzecz, której naprawdę trzeba się bać

Paradoksalnie nie najbardziej przerażają mnie pogięte podłużnice.

Nie przerażają mnie nawet wystrzelone poduszki.

Największym ryzykiem w Tesli po szkodzie, jest bateria wysokiego napięcia.

Jeżeli samochód miał mocne uderzenie w podwozie, zalanie lub pożar, potencjalne konsekwencje mogą być bardzo kosztowne. Nawet niewielkie uszkodzenie pakietu może oznaczać wydatek liczony w dziesiątkach tysięcy złotych. Dlatego właśnie wiele elektryków trafia na aukcje, jako szkody całkowite, mimo stosunkowo niewielkich uszkodzeń wizualnych.

To właśnie dlatego doświadczeni importerzy zawsze zaczynają od analizy dokumentacji zdjęciowej i raportów z aukcji.

Lakier można poprawić.

Historii baterii już nie.

Przypomina mi się historia pewnej Tesli Model S po zalaniu. Auto całe bez szkody technicznej czy mechanicznej, nie zgłoszone nigdzie. Wysuszone i naprawione jeździło po Polsce. ładowało się normalnie. Do pewnego momentu. Bo Tesla to elektronika i samo wysuszenie jej, nie gwarantuje, że będzie działać bez problemów przez lata. Ta podziałał kilka miesięcy a później zaczął się horror właściciela. Mimo, że była piękna - jak mawia klasyk "prawie nówka, nie śmigana". W rzeczywistości skarbonka w rozmiarze XXL na 4 kołach.

Kiedy zakup ma sens?

Powiem coś, co może się nie spodobać części handlarzy.

Najlepsze Tesle po szkodzie to często te, które mają pełną dokumentację.

-Zdjęcia z aukcji.

-Zdjęcia z naprawy.

-Faktury.

-Raporty serwisowe.

-Możliwość sprawdzenia VIN-u.


Brzmi banalnie, ale właśnie takie samochody najczęściej okazują się bezpiecznym zakupem.

Jeżeli właściciel pokazuje całą historię auta bez kombinowania, zwykle nie ma nic do ukrycia.

Znacznie bardziej niepokoi mnie samochód z magicznym opisem:

„Lekko uszkodzony. Wszystko idealne. Okazja.”

Bo w branży motoryzacyjnej słowo „okazja” bardzo często oznacza kłopoty.

Kiedy uciekać?

Są sytuacje, w których nawet ja nie ryzykowałbym zakupu.

Pierwsza to auta po zalaniu. Druga to samochody po pożarze, tym częściowym, niewielkim, nie mówimy o tym że auto spaliło się do gołej ziemi:)

Trzecia to przypadki, gdy sprzedający nie chce pokazać historii naprawy i kombinuje z numerem VIN, skrzętnie go ukrywając, lub wysyła zmieniając celowo jedną literę lub cyfrę.

Czwarta, to auta z problemami dotyczącymi szybkiego ładowania DC lub niejasnym statusem w systemach Tesli.

Jeżeli sprzedawca zaczyna tłumaczyć, że „wszystko działało kiedyś” albo „Tesla coś tam zablokowała”, zwykle zapala mi się czerwona lampka. I to taka ogromna!

Bo samochód elektryczny, bez pewności działania całego systemu wysokiego napięcia, przypomina smartfon z pękniętą płytą główną.

Teoretycznie działa.

Praktycznie nigdy nie wiadomo jak długo.

Wiec - możemy trafić na mega wielką i niebezpieczną "minę przeciwpiechotną" w formie Tesli, w której nie działają najważniejsze i podstawowe systemy.


Największy paradoks rynku

Sprawdzamy zawsze VIN, bierzemy raporty, nawet za pieniądze, sprawdzamy historię sprzedaży... bo jeśli tego nie zrobimy, możemy kupić takie auto - jako bezwypadkową okazję. A zapewniam, że tego byście nie chcieli


Tutaj dochodzimy do ciekawego momentu. Wielu ludzi panicznie boi się Tesli po szkodzie.

Jednocześnie codziennie kupują kilkunastoletnie samochody spalinowe po kilku wypadkach, cofniętych licznikach i naprawach wykonywanych w garażu za stodołą.

Tymczasem dobrze naprawiona Tesla, po niewielkiej szkodzie, może być znacznie lepszym zakupem niż „bezwypadkowy” diesel, który przez pół życia jeździł jako taxi.

Nie ma jednej odpowiedzi. Jest tylko jedno rozsądne podejście.

Sprawdzać. Analizować. Weryfikować.

Bo różnica między świetną okazją a finansową katastrofą, często mieści się w jednym numerze VIN.

A rynek Tesli po szkodach z USA, coraz bardziej przypomina pole minowe. Nadal można znaleźć prawdziwe perełki. Trzeba jednak wiedzieć, gdzie patrzeć, aby tego białego kruka namierzyć.

I przede wszystkim wiedzieć, kiedy odwrócić się na pięcie i po prostu odejść. Nawet jak auto lśni w promieniach słońca, jak ziemia obiecana:)